Wzajemne zranienia klasowe

dnia

Kapitalne znaczenie miało dla mnie zdanie Sartre’a z jego książki o Genecie: „nie jest istotne, co z nas zrobią, ale co sami zrobimy z tego, co z nas zrobiono”. Szybko stało się ono moją dewizą. Zasadą pewnej ascezy – pracy Ja nad sobą. /Didier Eribon, Powrót do Reims/

Awansujemy, choćby odrobinę, studia, może praca na uczelni, prekarne umowy w kulturze. Opuszczamy nasze wsie, małe miasteczka, robotnicze osiedla. Uczymy się nowych gestów, słów, akcentów. Winda społecznego awansu wymaga od nas kompromisów, mimikry, pełnych napięć strategii przetrwania.

Gdzieś po drodze rozchodzą się nasze drogi z koleżankami i kolegami z podwórek, kuzynami, rodzicami, siostrami i braćmi. Nasze style życia przestają pasować. Oni czują się obco w naszym świecie, my czujemy się obco w ich, a do niedawna naszym (?) świecie.

Tylko, czy aby na pewno ów świat był nasz? Czy był on tak naprawdę ich? Czy harówka w fabryce, kierat niewolniczych stosunków pracy, niewidzialny uścisk pracy „nieodpłatnej” w cienistym wnętrzu gospodarstwa domowego jest czyimkolwiek światem. Czy ktokolwiek jest tam, tak naprawdę u siebie?

Udało nam się, dzięki wysiłkowi rodziny, mikro-historycznemu i socjologicznemu zbiegowi okoliczności jesteśmy wyjątkiem, tak to my, ci, co pierwsi z rodziny poszli do liceum, na studia, zamieszkali w większym mieście.

Tyle tylko, że cena za ten ruch, wbrew magmie społecznego dziedziczenia, jest ogromna. Aby pójść wyżej, wycinamy się ze swego otoczenia, ze swego dziedzictwa, dzieciństwa, wspomnień, smaków, powidoków. Rozcinamy znajomości, wyrzucamy za burtę balast złożony z samych siebie. Tylko to, co puste, unosi się w powietrzu. Wyrzucamy z gondoli naszego awansu to, co obciąża.

Tyle tylko, że awans to oszustwo, nie ma żadnego balonu, nie ma żadnego powietrza, nie ma wznoszenia. Wyrzucając balast nie czynimy się lżejszymi, ale pozbawiamy się oparcia, sił, zasobów.

W walce klasowej z dziećmi notariuszy, profesorów, adwokatów, biznesmenów stajemy bez zbroi i bez oręża. One dzieci niewidzialnego przywileju, zbrojne są w listę kolegów ojca w notatniku, ciocię w szpitalu, wujka profesora, kuzynkę w kancelarii adwokackiej. My do walki klasowej rzucamy się nago, raniąc, obijając, łamiąc. Spadanie po nieudanym wzlocie, bez zabezpieczenia w postaci rodzinno-klasowego dupochronu, nie kończy się dobrze.

Wielu z nas przepada, kończy połamane nałogami, zaprogramowanymi już przedustawnie fatalnymi wyborami życiowymi. To my zachodzimy w nieletnie ciąże, to  my marniejemy, giniemy w alkoholowo-narkotykowej niewoli czy  trafiamy do więzień. A przecież wydawało się, że wszyscy na równi mieliśmy szansę doświadczać wolności, seksu, alkoholu, narkotyków. Dla nich to była zabawa, ale to nas wyrzucają ze szkoły czy studiów, kiedy chcieliśmy być równie „zbuntowani”.

Tyle tylko, że dla nich bunt to przejściowa gra, ot małe w wakacje w drodze do bycia notariuszem, zaprogramowana klasowo gra w „oj, bo powiem rodzicom”. My, nie łapiąc kodów klasowych, wchodzimy w to odrobinę zbyt na serio. System kalibruje się, rozpoznaje tych, którzy załapali cyniczną grę reguł i tych „naiwnych”. Cóż odsiew prawie bez kosztowy, pozbawiamy się szans sami, myśląc, że w tej ustawionej grze właśnie o szansę dla siebie walczyliśmy.

Zostajemy sami. Odcięci od miejsc klasowego startu, które nie oszukujmy się, nie były często specjalnie idylliczne i przyjazne. Szczególnie gdy byliśmy jakoś odmienni, nienormatywni. I tak jak przywilej jest cudownie niewidzialny, tak nasze piętna wykluczenia krzyczą swą widzialnością. Krzyczą gdy wracamy, przypominając nam o uldze jaka towarzyszyła gdy od naszych miejsc pochodzenia mogliśmy uciec. Wycinanie się, ucieczka, choć często na oślep, bez map i kompasów upajała swoją wolnością. Przyziemność zastępowaliśmy naszym wyśnionym życiem aniołów, szybując choć chwilę dzięki zmniejszeniu się ucisku w którym tkwiliśmy.

Wracamy do miejsc, do których powrotu nie mamy – my pełni wstydu klasowi uciekinierzy. Wstydzimy się, gdy nam się choć troszkę udało. Nawet jeśli ów sukces to brak mieszkania, prekaryjny staż „w kulturze”, czy pełna miraży kariera „na uczelni”. Wstydzimy się też, kiedy nam się nie udało, gdy nasze zerwania, cięcia, kłótnie, ucieczki (te fizyczne i te bardziej podstępnie ukryte) okazują się na darmo. A grawitacja klasowa przypomina nam wraz z uderzeniem o rodzimy, ale niespecjalnie przyjazny grunt.

Pozostaje nam luksus wiedzy, nabyliśmy ją dużym kosztem, utrudnia nam ona zarówno wznoszenie jak i zakorzenienie. Uczymy się, że czerpać pocieszenie z tego, wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu. Jak, mamy szczęście potrafimy to zmonetyzować, napisać książkę. System nagrodzi nas, cóż w końcu poobijani, ale, znaleźliśmy jakąś strategię przetrwania.

****

Po marginesie lektury Powrót do Reims,  Didier Eribon.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s