Uniwersytet potiomkinowski

Nasza łaskawie nam Panująca, władczyni marionetek, pochyliła się nad swym ludem i odpowiedziała na jego supliki. Ministra Kudrycka, bo o niej mowa, postanowiła dać odpór oskarżeniom i pokazać świetlany obraz rzeczywistości.  Pewnie obruszona tym, że leniwy i krnąbrny lud nie dostrzega płotów z kiełbasy, potoków miodu i dachów z marcepana. Przecież rządy łaskawie nam panującej, po raz pierwszy w dziejach naszej Ojczyzny, otworzyły bramy krainy miodem płynącej.

Poczytajmy fragmenty listu Sułtana do Kozaków,  wróć, chodzi oczywiście o odpowiedź m. Kudryckiej na list naukowca.

Więc odpowiadam. Gdy na przestrzeni ponad dwudziestu ostatnich lat reformowano  ustrój państwa, wprowadzano wolny rynek, likwidowano przeżytki socjalizmu w  przedsiębiorstwach państwowych, ograniczając przywileje hutników czy kolejarzy,  naukowcy znakomicie rozumieli potrzebę takich zmian. I dziś powinni rozumieć, że  i w nauce podobne zmiany są nieodzowne.

„Wprowadzano wolny rynek”, właściwie już ta fraza wystarczy za opis ideologicznej pozycji naszej Łaskawpści. W zdaniu kolejnym, pojawić się musieli „roszczeniowi” hutnicy i kolejarze, aż dziwne, że m. Kudrycka nie wymieniała górników i pracowników byłych PGRów. W jakiej zamrażarce m. Kudrycka przeleżała ostatnie kilkanaście lat? Tak betonowy, toporny neoliberalizm mógł brzmieć wiarygodnie w latach 90-tych. Dziś wyznają go jedynie ideowcy pokroju Balcerowicza czy Gadomskiego. „Wprowadzanie” wolnego rynku to ładna fraza, nieświadomie m. Kudrycka potwierdziła  „szokową” diagnozę Naomi Klein. Tak, wolnorynkowe reformy były brutalną ingerencją, która niszczyła społeczności nią objęte, a wszystko w imię imperatywu akumulacji kapitału, transferowanego następnie do kieszeni miliarderów.

To doprawdy wielka strata, że poprzednie ekipy rządzące nie podjęły się dyskursu  z intelektualną elitą, w jakim kierunku reformować naukę – po to, by Polska  mogła nadrobić te lata, gdy nasza nauka była za żelazną kurtyną, w odcięciu od  dokonań zachodniego świata. Może dziś bylibyśmy w znacznie korzystniejszym  punkcie.

Zaściankowość, żenujący samo kolonizujący „Zachodo-centryzm” i fałsz historyczny, całkiem nieźle jak na jedno zdanie. Prof. Kudrycka pewnie bardzo się zdziwi, gdy zobaczy, że w swej miłości do Zachodu jest śmieszna, także na owym mitycznym „Zachodzie”. Nic tak dobrze nie obnaża prowincjonalności, jako ślepe adorowanie mitycznego centrum. Świetnie było to widać w dyskusji Burawoya ze Sztompką. Kosmopolityczny Burawoy mógł sobie pozwolić na krytykę Zachodu i poszukiwanie globalnej socjologii. Przestraszony prowincjonalny Sztompka, potrafił jedynie wychwalać chwałę nieistniejącego nigdy Zachodu. Oddajmy głos na chwilę Burawoyowi:

Rewolucja socjologiczna, która odbyła się po drugiej wojnie światowej, została zapoczątkowana w USA. Polegała na ukształtowaniu na nowo europejskiej myśli społecznej w duchu modernizacji przedstawianej jako proces nieuchronny. Okazało się, że modernizacja oznaczała amerykanizację, mechanizm zrodzony w warunkach zimnej wojny. Była to szczególnie samochwalcza narracja, którą – dominujący wówczas – socjolodzy amerykańscy utkali wokół koncepcji końca ideologii, zalet amerykańskiej demokracji liberalnej i celebracji amerykańskiej swobody gospodarczej. Taką właśnie Amerykę podziwia Sztompka. Amerykanizacja przygotowała grunt pod dominację amerykańskiej socjologii na forum ISA po drugiej wojnie. Ruchy społeczne z lat sześćdziesiątych – rebelia studentów, protesty antywojenne, walka o prawa obywatelskie – stanowiły wyzwanie dla amerykańskiego mesjanizmu, kreśląc nowy wizerunek Stanów Zjednoczonych jako siedliska rasizmu i imperializmu. Cała socjologia, amerykańska w szczególności, stała się bardziej krytyczna, przestała polegać na micie arkadyjskim.

Wróćmy do m. Kudryckiej.

Pokazujemy, że nie ma już zgody na złe praktyki w rodzaju nepotyzmu, konfliktu  interesów czy dopisywania się do autorstwa prac naukowych, które blokowały  kariery nie tylko naukowe, ale także zawodowe, młodym utalentowanym badaczom

Naprawdę? To ciekawe, w ten sam dzień w którym ukazał się list Pani Minister, mogliśmy dowiedzieć się, że prof. Zbigniew Przychodniak, chciał od studentki do 300 do 600 złotych w zamian za sprawdzenie pracy magisterskiej. Przypomnijmy dla porządku, że profesor był promotorem tej pracy i jej sprawdzenie było jego obowiązkiem. Na tym samym uniwersytecie, miesiąc wcześniej CBA zatrzymało zastępcę Kanclerza za to, że jakoś tak przypadkiem, podczas budowy Collegium Chemicum wybudowano też jego dom (ta sama firma, te same fundusze). Pewnie można to tłumaczyć pozostałościami „mentalności” komunistycznej, tyle tylko, że jest to polityczna wersja wytłumaczenia w stylu „pies zjadł moją pracę domową”. Mamy rok 2013, dwadzieścia kilka lat po „wprowadzeniu” wolnego rynku, tłumaczenie przez „złogi socjalistyczne” jest równie przekonujące jak tłumaczenie,  że w połowie lat 60 za niedobory w PRLu odpowiada hitlerowska „piąta kolumna”.

Tak więc to, co dziś umiera w nauce polskiej, to dobre samopoczucie słabych  naukowców, którzy nie są w stanie konkurować z kolegami w Europie i na świecie.  Udało się za to zahamować powolne umieranie polskiej nauki tak widoczne w  ostatnim dwudziestoleciu, gdy rozproszony i często uznaniowy system finansowania  skutkował coraz mniejszą motywacją, coraz słabszymi badaniami, coraz mniejszą  wiarą samych naukowców i ich ośrodków naukowych, że ich wysiłek badawczy  znajdzie odzwierciedlenie w pozyskiwanych funduszach

Szkoda, że Pani Minister nie pisze, kto mordował naukę przez ostatnie 20 lat. Gdyby zechciała Nam opowiedzieć uczciwie musiałaby zauważyć jaki procent PKB poświęcano w późnym PRLu. (ciekawe źródło, prawda?)

Faktem jest, że po 1989 r. nakłady finansowe na naukę zaczęły drastycznie spadać. Dla przykładu, w 1981 roku, czyli w okresie dla władz komunistycznych kryzysowym, nakłady na naukę wynosiły 1,8 proc. PKB. Następnie zaczęły rosnąć i wyniosły ponad 2 procent. Ale w roku 1990, czyli po tzw. odzyskaniu niepodległości, było to już 1,2 proc. PKB, a w roku 1991 finansowanie nauki spadło poniżej 1 proc. i wynosiło 0,76 proc. PKB, by w kolejnych latach znaleźć się poniżej poziomu 0,5 procent. I właśnie ten stan, mimo rozdzierania szat i szumnych zapowiedzi kolejnych ekip rządzących, że nakłady na naukę wzrosną, ciągle się utrzymuje: w 2006 r. finansowanie nauki sięgnęło – 0,32 proc. PKB, w 2007 – 0,32 proc., w 2008 – 0,31 proc., w 2009 – 0,34 proc. PKB.
Tak więc nauka polska od 20 lat jest notorycznie niedofinansowana. Dla porównania państwowe finansowanie nauki w Niemczech jest procentowo dziesięciokrotnie wyższe (a więc realnie jeszcze wyższe z uwagi na wyższy PKB), a przy tym dodatkowe fundusze płyną z doskonale rozwiniętego w Niemczech systemu finansowania pozarządowego.

Uprzedzając krytyków, z poziomem PKB późnego PRLu, udało nam się zrównać dopiero po wejściu do UE.

Gdy na naukę w 2007 r. ze środków publicznych wydano zaledwie 3,8 miliarda  złotych, już w 2011 r. wydatki te wzrosły niemal dwukrotnie, do 6,7 miliarda  zł., a w tym czasie relacja tych wydatków do PKB wzrosła z 0,32 proc. do 0,44 proc. W ciągu czterech lat kierowania przeze mnie  resortem nauki dwukrotnie zwiększyliśmy więc wydatki na naukę – nawet  nieprzychylni rządowi ekonomiści dostrzegli, że udało się to w czasie  najtrudniejszego kryzysu finansowego w Europie, gdy w innych państwach obniżano  wydatki w sferze nauki nawet o 40 proc.

Świetnie, faktycznie przy takim poziomie każdy podskok jest na miarę lotu na Księżyc.

Nie wiem, skąd powziął Pan informację, że środki te przeznaczano na projekty z  dziedziny obronności.Resort nauki oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju starały się natomiast  angażować w te badania „cywilne” uczelnie i instytuty naukowe, by miały szanse  skorzystać ze zwiększonych środków.

Może wynika to faktu, że składając grant musiał tak profilować badania, żeby wstrzelić się w zapotrzebowanie kompleksu militarnego? Ciekawe jak zgrabnie prof. Kudrycka uzależnienie nauki od kompleksu militarno-przemysłowego uczyniła zaletą, ale pewnie to kolejny etap wprowadzania wolnego rynku.

(…) jednak słabości polityki grantowej realizowanej w ministerstwie, zdecydowaliśmy  się przekazać jej prowadzenie niezależnym agencjom naukowym, w których  decydujący głos należy do samych naukowców, zwłaszcza tych o niepodważalnych  dokonaniach naukowych. Dzięki temu konkursy o granty są bardziej przejrzyste.

To bardzo zgrabne, eufemistyczne opisanie procederu transferu pieniędzy podatników do sektora prywatnego. Eksperci w rodzaju Ernsta&Younga za grube miliony preparują raporty w oparciu o mapki z Wikipedii ale ministerstwo się cieszy z wprowadzenia wolnego rynku. Takim zabiegiem było też doprowadzenie (po blisko dwóch latach!) do zaistnienia listy czasopism punktowanych (zmienionej już po 3 miesiącach) oraz co ciekawe obsługę listy oddano w ręce prywatnej firmy (która do tego wykorzystała dane osobowe – emaile naukowców).

Pomijam analizę dłuższego fragmentu listu m. Kudryckiej na temat grantów, to temat na osobny tekst, spójrzmy jeszcze na kilka  uwag końcowych:

Mam nadzieję, że przedstawione dane przekonały Pana, że nauka w Polsce dzisiaj  po latach ma wreszcie szansę rozwijać się bez kompleksów. Szkoda jedynie, że  dopiero teraz dajemy jej prawdziwe szanse rozwojowe. Receptę na odrodzenie nauki  w Polsce mogą wypisać najlepsi naukowcy mieszkający zarówno w kraju, jak i za  granicą, którzy swoimi dokonaniami badawczymi dyktują kierunki jej rozwoju.

Z powyższego tekstu widać jak bardzo ekonomiści nie wiedzą czym jest nauka. Nie jest ona „najlepszymi” naukowcami, do tego przywożonymi „w walizce” z zagranicy. Nauka to zespoły badawcze, trwałość instytucji, bezpieczeństwo ontologiczne pracowników/czek i  dokorantów/ek. Nauka to nie tylko neoliberalny fetysz talentu, to stwarzanie instytucjonalnych ram, wytwarzanie oaz stabilności.  Niestety nasza elity kompradorskie mają do zaoferowania jedynie neokolonialną narrację.

List Pani Ministry jest świetnym przykładem   „wsi potiomkinowskiej”, najbardziej przeraża, mnie to, że prawdopodobnie prof. Kudrycka wierzy we własną mistyfikację.

Niestety przy aktualnym rozdrobnieniu społeczności akademickiej, jej sprzecznych interesach klasowych nie widzę sił, które mogłyby obudzić naszą łaskawie Panującą z jej mocarstwowego snu. Obraz Repina pojawił się w tej notce nieprzypadkowo, obawiam się jednak, że  środowisko naukowych nie będzie stać na odpowiedź równie dosadną jak ta sformułowana przez Kozaków.

Reklamy

21 Comments Add yours

  1. Marcin Zaród pisze:

    Ministra jest sprzeczna nawet w obrębie własnej narracji.

    Pisze o braku dialogu i powołuje się na konsultacje społeczne nowych ustaw. Tymczasem przypomnę, że żadnych warsztatów, mediacji itp. narzędzi nikt przy tych pracach nie widział. Kadry uczelni nie znają nawet założeń nowej ustawy.

    „Tak więc to, co dziś umiera w nauce polskiej, to dobre samopoczucie słabych naukowców, którzy nie są w stanie konkurować z kolegami w Europie i na świecie.”

    Ja tylko przypomnę, że obecne granty są tak skonstruowane, że utrudniają np. zatrudnienie i wyszkolenie techników, szklarzy, elektroników czy mechaników. Cięcie statutowych doprowadziło do załamania ciągłości w tych dziedzinach.

    Wbrew temu co się Ministrze wydaje, sukces naukowca nie jest tylko kwestią talentu i grantu, ale ww. zaplecza instytucjonalnego. I właśnie kurka z tego powodu MIT zatrudnia i utrzymuje solidną kadrę średniego szczebla niezależną od loterii grantów.

    1. fronesis pisze:

      Oczywiście, przecież dialog był fikcyjny. Ten list zasługuje na kilka tekstów, moja notka to tylko takie muśnięcie tematu.
      „Wbrew temu co się Ministrze wydaje, sukces naukowca nie jest tylko kwestią talentu i grantu, ale ww. zaplecza instytucjonalnego. I właśnie kurka z tego powodu MIT zatrudnia i utrzymuje solidną kadrę średniego szczebla niezależną od loterii grantów”
      Właśnie o to chodzi, poza tym powinniśmy utrzymywać kadrę dydaktyczną, która nie musi się histerycznie ścigać o granty ale dobrze przekazywać wiedzę bazową, ramową. Reformy Kudryckiej to jak na razie petryfikacja feudalnego układu na górze oraz histeryczny wyścig szczurów na dole. Powiem uczciwie, że wolałem stary układ feudalny (choć był zły z wielu powodów), przynajmniej dół nie miałem takiego poziomu lęku i braku bezpieczeństwa.

  2. Neo pisze:

    Czy autor powyższej tyrady mógłby pochwalić się swoim indeksem Hirscha? Taka informacja z pewnością pomogłaby czytelnikom zrozumieć, czy powyższy głos w dyskusji ma charakter retoryczno-polityczny, czy merytoryczny.

    http://www.polityka.pl/nauka/technika/1530095,1,malo-cytowan-polskich-uczonych.read

    1. fronesis pisze:

      @Neo Czy możesz przestać zaśmiecać mi blog takimi ideologicznymi głupotami jak indeks Hirscha? Przecież to zupełnie niewiarygodne narzędzie, szczególnie w naukach społecznych i humanistycznych. Może zanim zaczniesz uprawiać apoteozę indeksu H poczytaj: http://ekulczycki.pl/teoria_komunikacji/piec-kilogramow-temu-czyli-komentarz-do-artykulu-polityki/

  3. Kamil pisze:

    „Uprzedzając krytyków, z poziomem PKB późnego PRLu, udało nam się zrównać dopiero po wejściu do UE.”
    To jakiś błąd? „z poziomem finansowania badań?” Bo to się ma inaczej nijak do danych: http://www.econstats.com/weo/CPOL.htm

    1. fronesis pisze:

      Ok, w tabeli, którą zalinkowałeś, PKB z 1988 udało się osiągnąć dopiero w 1998, faktycznie wcześniej niż napisałem, ale i tak po 10 latach zapaści. Zauważ jak układa się relacja wzrostu i spadku PKB w latach 1988-2000.

  4. m.bied pisze:

    Formatowanie obywatelskie: linki do artykułów Sztompki i Burawoya nie są za bardzo klikalne…

    1. fronesis pisze:

      Poprawiłem, coś nie tak było z linkowaniem pdfów. Dziękuję za korektę.

  5. alex pisze:

    Dla pełnego obrazu warto dodać, że lata zapaści rozpoczynały się od 585.80% inflacji – taki bonus od PRL’u ;-).

  6. alex pisze:

    I jeszcze jeden mały kamyczek do ogródka. Jeśli spojrzy się na PKB mierzone w USD, to już 1991 było ono wyższe od tego w 89. Rekord PRL’u to 75,5 mld USD osiągnięte w 1984, który nie tylko został pobity w 1991, ale również zdublowany w 1996. Może te dane przekonają Fronesis, że zapaść nie była aż tak wielka jak ją malują (miło byłoby gdyby znalazło się też kilka ciepłych słów dla Leszka B) ;-)

    1. fronesis pisze:

      Owszem, może zapaść nie wydaje się tak duża kiedy przeliczasz przez USD. Tylko dolarowy przelicznik przez 1989 nie jest wiarygodny, przecież kurs dolara i złotówki (oraz rubla transferowego) był kwestią polityczną a nie tylko „obiektywną” ekonomią. Oczywiście dziękuję za krytyczne doprecyzowanie mojej publicystycznej tezy.

      1. alex pisze:

        To jeszcze jedno małe addendum. Dane, które przytoczyłem wziąłem z zestawienia wskazanego przez Kamila: http://www.econstats.com/weo/V004.htm. Trudno powiedzieć jaki kurs został przyjęty przez jego autorów, mogę tylko przypuszczać, że rynkowy, a nie tzw. państwowy, kiedy oficjalna wymiana była często na poziomie 1:1 ;-).

        Warto dodać, że stosując przelicznik dolarowy można również zrozumieć pomyłkę Fronesis. Zestawiając dane Ministry odnośnie procentowych wydatków na naukę w latach PRL’u i po ’89 i mnożąc je przez PKB w USD okazuje się, że w 84 na badania wydano ok. 1,5 mld USD. Po ’89 ten poziom udało się osiągnąć dopiero w 2005 roku, czyli w okolicy przystąpienia Polski do UE. W 2011 jest to już 2,26 mld USD, czyli w przybliżeniu 6,5 mld PLN.

        Jeśli ktoś chciałby się jeszcze pobawić tym wskaźnikiem, to sugeruję przeanalizować sobie jaki był przyrost PKB w USD w latach 1970-1990 a jaki był w okresie 1990-2010. Jak bardzo byśmy nie lubili wolnego rynku, jedno trzeba mu przyznać – nie da się z nim konkurować ;-).

  7. Kamil pisze:

    @Alex też mi się to rzuciło w oczy. ;-)

    Sytuacja jaką zastał rząd Mazowieckiego była tak wesoła, że musieli w trybie pilnym negocjować linię kredytową na import najpotrzebniejszych leków, gdyż nie tylko konta rządu, banku centralnego czy przedsiębiorstw były wyczyszczone z dewiz, ale nie było nawet dolarowych oszczędności obywateli z rachunków w Pekao. PRL był bankrutem w sposób przypominający bardziej KRLD niż Grecję.

    Kilka razy zaglądałem w tę tabelę od 20stej i nadal nie widzę tego przełomu w 1998 roku. Może to któryś błąd poznawczy, ale można bronić dowolnego roku od 91 do 95, przy każdym Polska najszybciej się podnosi z państw bloku, ale 98?

    1. fronesis pisze:

      @Kamil
      Zauważ, że mówisz o kwestii dewiz i wymiany z „Zachodem” to więcej mówi o ekonomicznych narzędziach nacisku niż o wewnętrznej sytuacji PRL (nie mówię, że była super, ale wystarczy pomyśleć o tym jak było pokryte zapotrzebowanie kraju na transport publiczny PKP+PKS, że by widzieć jaką mamy dziś zapaść http://nowyobywatel.pl/2011/04/30/biale-plamy-i-czarne-dziury/).

      1. ramone.alcin pisze:

        „Zauważ, że mówisz o kwestii dewiz i wymiany z “Zachodem” to więcej mówi o ekonomicznych narzędziach nacisku niż o wewnętrznej sytuacji PRL”

        Tzn. fakt ze musielismy placic za leki importowane z Zachodu to byl „nacisk”?

        1. fronesis pisze:

          Nie miałem na myśli wpadnięcie w spiralę pułapki kredytowej oraz handel wikłający nas w zależność, my od zachodu licencje a oni od nas materiały nieprzetworzone.

          1. ramone.alcin pisze:

            To licencje na leki czy gotowe leki?

  8. Marcin Zaród pisze:

    My tu sobie możemy rozmawiać o rozwoju, modernizacji i nauce, ale miła atmosfera kończy się gdy zaczyna się budżet.

    Plan budżetowy na 2013:
    Nauka – 6,4 mld zł (+1,3% wzg. u.r.)
    Szkolnictwo wyższe – 12,7 mld zł (+1,1% wzg. u.r.)
    MON – 31,17 mld zł (+ 6,37% wzg. ur.)

    Dla ułatwienia przypomnę, że inflacja wynosi koło 4%. Czyli faktyczne (w sensie parytetu siły nabywczej) wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe się obniżyły. I to są jedne z niewielu ustalonych rzeczy w naszych dyskusjach o nauce. Zanim ktoś wspomni środki UE, to dodam, że są już uwzględnione wyżej (1,4 mld w polu nauka, 0,55 mld w polu szkolnictwo wyższe).
    Z plusów: są fundusze celowe na rzecz wzrostu wynagrodzeń (koło 1 mld).
    Z minusów: 0,5 mln na Chrześcijańską Akademię Teologiczną.

    Źródło: http://www.naukawpolsce.pl/aktualnosci/news,393564,komisja-senacka-za-budzetem-na-nauke-i-szkolnictwo-wyzsze.html (PAP)

  9. poziomka pisze:

    Jaki wpływ na procentowy udział nakładów na naukę w PKB ma kurs dolara?
    Bo się zgubiłem.

  10. alex pisze:

    @poziomka, kwestia jest bardzo prosta. By móc dokonywać porównań pomiędzy PRL’em a stanem po ’89 trzeba znaleźć płaszczyznę, na której tego typu porównania są uprawnione. Proste odniesienie do PKB w PLN nie uwzględnia hiperinflacji, która miała miejsce na przełomie lat 80/90, dlatego nie jest to dobra miara. Zdecydowanie lepszy jest PKB w USD, który tego typu czynnik dość dobrze odzwierciedla, o ile założy się, że kurs dolara brany do jego wyliczenia był rynkowy. Ot i cały związek kursu dolara z nakładami na naukę ;-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s