Batman bez Thomasa

Chwilowo mam dwudniowe „lato w mieście”, po dobrej porcji biegu po lesie i jeziornej kąpieli poszedłem na nowego Batmana. Nowy film Nolana to okazja by na nowo odgrzać flejm o prawicowości superbohaterów (choć pewnie wszyscy są już znudzeni). „Mroczny rycerz powstaje” mógłby służyć za wzór „prawicowości”. Pomijam resentymenty Nolana związane z ruchem Occupy Wall Street i „We are 99%” – pisali o tym już inni –  tutaj.

Nowy film o Batmanie jest pełen klisz z prawicowej/konserwatywnej propagandy. Oczywiście były one obecne i w poprzednim – zło w postaci Jokera musiało być szalone, bezcelowe, chore. To potrzebny chwyt, żeby ocalić zdrowe liberalne centrum.  Niestety w trzeciej cześć jest dużo gorzej, przesuwamy się w stronę klasycznego konserwatyzmu, gdzieś w okolice de Maistre’a. Bane, pomijając fakt, że jest bardzo bezpłciowy, jest przywódcą Rewolucji (a może raczej pseudo-rewolucji). W komiksach Bane dobrze służył cementowaniu „dobrosąsiedzkich” stosunków USA i Ameryki Łacińskiej (i doktrynie Monroe’a). W filmie Nolana rewolucyjny potencjał Bane’a (mimo, iż przecież z Dumasem w tle) jest tekturowy, sama Rewolucja przedstawiona tak smętnie i idiotycznie, że człowiek cieszy się, że nie ma zaściankowej anglosaskiej wyobraźni. Z filmu wyparowała cała dwuznaczność ruchów rewolucyjnych (sterowanych czy oddolnych – nieważne). W Nolanowskiej wizji rewolucji poza smętnym krzesłem z epoki Ludwika nie ma życia. Rewolucja nie ewoluuje, nikt nie wnosi żadnych haseł, poza drewnianymi kawałkami w ustach Bane’a. Film Nolana oscyluje między konserwatywną traumą po Rewolucji Francuskiej a liberalnym lękiem klasy średniej.

Pewnie można bronić Nolana, używając chwytu ironii, podwójnego znaczenia, ukrytego dna. Ok. ale ja tego nie łapię (i nie chcę). Rewolucja Nolana to tylko lumpenproletariat, bezsensowny tłum, który nawet nie grabi jak należy. Oczywiście można przewrotnie powiedzieć, że nowy film o Batmanie nawołuje do samokształcenia i kółek edukacji marksistowskiej w każdym markecie. Dlaczego? Może wbrew mojej wcześniejszej krytycznej interpretacji Nolan przestrzega nas przed „klasą w sobie” a gdzieś w tle tęskni za „klasą dla siebie”. Byłoby miło ale chyba jednak nie. Rewolucja w Gotham ma tylko wymiar destrukcyjny, nie jest wypaczeniem, odstępstwem od czegoś zasadniczo pozytywnego. Nie jest krwawą orgią na zgliszczach zniszczonych ideałów. Film Nolana przypomina konserwatywne celebrowanie pamięci o Wandei. Rewolucjoniści to tylko kryminalne indywidua, rządzące przy pomocy nagiej przemocy zzewnątrzsterownym motłochem.

Motłoch ten może być uratowany jedynie przez Monarchę, żyjącego poza doczesnym porządkiem. Wayne/ Batman aż zbyt dosłownie powtarza figurę podwójnej cielesności króla-suwerena.

„Król ma w sobie dwa ciała, a mianowicie ciało naturalne (body natural) i ciało wspólnotowe (body politic). Ciało naturalne (…) jest ciałem śmiertelnym, podlegającym wszystkim niemocom (…). Ale jego ciało wspólnotowe jest ciałem, którego nie można zobaczyć czy dotknąć”.

(…) „ciało wspólnotowe króla wydaje się być ukształtowane na podobieństwo »świętych duchów i aniołów«, gdyż reprezentuje ono, jak aniołowie, Niezmienność w czasie”.

Podążając tym tropem, oczywiste jest zakończenie filmu (nie będę spojlerował). Odczłowieczenie motłochu, sprowadzenie zbawienia/ratunku do czynności wykonywanej przez zmęczonego ale mimo wszystko panującego Króla uniemożliwia jakikolwiek ruch emancypacyjny (dla Tolkienistów – nowy zmęczony Batman/Wayne to ładne powtórzenie figury króla Theodena, choć bez Grimy Gadziego/Smoczego/Robaczego/Żmijowego Języka).

Skupiłem się na przedstawieniu Rewolucji bo to bardzo słaby moment filmu, można oczywiście pastwić dalej, wymieniać klisze: o wyzwalającej miłości, tajemniczym Oriencie i takie tam. Tyle, że to bez sensu, popkulturowy produkt nie istnieje przecież bez klisz. Nie o to tu chodzi.

Zastanawia mnie dlaczego w popkulturze amerykańskiej nie był możliwy inny, bardziej zniuansowany obraz Rewolucji. Czy lęk liberalnego, „klasośredniego” centrum w tak silnym uścisku trzyma wyobraźnię? Czy mamy tu przypadek swoistej kastracji wyobraźni, niemożliwości artykulacji nawet w dziele fikcyjnym.

Czas się przyznać, na taki odbiór najnowszego filmu o Batmanie miał wpływ dokumentalny film, który obejrzał wczoraj. Był on poświęcony bezpośrednio  jednemu z moich ulubionych rewolucjonistów – Thomasowi Sankarze a pośrednio rewolucji w Burkina Faso. Rewolucja w Górnej Wolcie (nazwę Burkina Faso – kraju wyprostowanych ludzi – przyjęła dopiero po niej) była fascynującym wydarzeniem historycznym. Podobnie jak jej charyzmatyczny przywódca. Oczywiście, jak można się domyślić dość szybko Rewolucja i jej przywódca ukazała swoje mało przyjemne – autorytarne oblicze (sądy ludowe, zakaz działalności partii politycznych i związków zawodowych, zmilitaryzowanie społeczeństwa etc.). Wydaje się zatem, że Nolan ma rację, słusznie zaszczepia w Nas lęk przed motłochem. Przecież wszyscy jesteśmy klasą średnią i żyjemy jej marzeniami lękami. No chyba, że nie do końca.

Rewolucja w Burkina Faso była fascynująca nie dlatego, że ujawniła klasyczne mechanizmy zwyrodnienia, dryfu ruchu rewolucyjnego w kierunku autorytarnym. To, co fascynujące to jej osiągnięcia. W Burkina Faso, jednym z najbiedniejszych krajów Afryki w ciągu 4 lat rządów Thomasa Sankary udało się:

-osiągnąć samowystarczalność żywnościową,

-rozpocząć intensywny i unikatowy program walki z pustynnieniem kraju,

-wprowadzić masowe szczepienia dzieci (łącznie z eradykacją polio),

-wprowadzić intensywne programy równouprawnienia kobiet i mężczyzn (jak można zobaczyć na filmie przemoc domowa była postrzegana jako zdrada Rewolucji),

– wprowadzić program budownictwa (walka ze slumsami).

Było tego jeszcze sporo więcej. Nie chodzi tu jednak o wyliczankę. Ważne jest, że Rewolucja (mimo, iż pożerała niektóre ze swych dzieci i niszczyła część swych owoców) była wybuchem społecznej energii i nadziei. Co ważne i unikatowe w regionie, Rewolucja stworzyła „burkinabe” – naród, tożsamość mieszkańców Burkiny Faso. Było to widoczne nawet dla mnie, przelotnie tylko depczącego ulice Ouagadougou. Rewolucja to nie tylko destrukcja i chaos ale także  energia i nadzieja, samostanowienie tych, którym wcześniej taką możliwość odebrano. W filmie Nolana nadzieję tą powinien symbolizować bardziej dwuznaczny i zniuansowany Bane – niestety tak się nie stało.

Jeżeli chcecie obejrzeć czym jest nadzieja (lewicowa?) i entuzjazm rewolucyjny zapał to obejrzyjcie film o Sankarze. Jeżeli chcecie konserwatywnej przestrogi przed rewolucyjnym zamętem obejrzyjcie film Nolana. Dobrze jest obejrzeć oba.

Film  o Thomasie Sankarze „The Upright Man”, można obejrzeć w całości tutaj.

p.s. żebyście nie pomyśleli o mnie, że jestem zbyt poważny, nowego Batmana wciąż możecie w spokoju obejrzeć jako popkulturową rozpierduchę na ekranie, gdzie główny bohater przebiera się za nietoperza.

p.s. 2. Uwaga spoiler! Powiedzcie mi dlaczego główny evil charakter to propagatorka czystej, ekologicznej energii? Czyżby Nolan mnie jednak strollował?

Advertisements

6 Comments Add yours

  1. czescjacek pisze:

    No znaczy dla mnie ewidentne jest, że Bane’owska rewolucja to kpina z rewolucji; można sobie wyobrazić, że zostałoby jej przeciwstawione co innego niż randroidyzm, np. „prawdziwa”, oddolna rewolucja, a nie randroidyzm :(((

    1. fronesis pisze:

      @czescjacek
      Można rewolucję ciągnąć w rożne strony, tą optymistyczną jak w mojej notce. To jednak było uwarunkowane tym, że obejrzałem te dwa filmy w odstępie jednego dnia. Dla filmu lepszy byłby wątek nihilistyczno-nietzscheański, on był jakoś zamarkowany ale słabo i bez wyrazu. Bane z jego cierpieniem i bólem idealnie nadawał się na samoafirmującego się nadczłowieka i rewolucja byłaby zaproszeniem do takiego oczyszczającego, spalającego ognia. Bane musiał by wygłosić parę kwestii w stylu „those weaklings” a mieszkańcy Gotham musieliby by być ukazani bardziej dynamicznie. Z podziałem na „ostatnich ludzi” i tych z odwagą do tańca na granicy śmierci. Podobnie powinno być z kumplami Bane’a, w dwójce Joker ma kilku psycholskich kumpli vide psychiatra, którzy robią mu tło, Bane nie ma nikogo, kogo można zapamiętać. Oni w filmie niby nie boją się śmierci (patrz pierwsza scena z samolotem) ale później to się rozmywa. Taką porządną nihilistyczną, rewolucję też bym przywitał z chęcią – a tak bida, konserwatywne lęki w obudowie z liberalnego (klaso-średniego) strachu i wygodnictwa. Bane miałki, rewolucja z tektury, nuda jak w polskim kinie.

  2. czescjacek pisze:

    No już nie opowiadaj, że nudy, bo film jest na tyle dobry, że 2 dni musiałem myśleć zanim przyznałem, że nie da się wymyślić nic, co by ratowało polityczny mesycz.

    1. fronesis pisze:

      @czescjacek
      Słowo nuda użyłem retorycznie, film dość dobrze się broni mimo tej długości. to co mnie korci to odnowić dziś którąś z wcześniejszych części (taki nocny maraton) żeby zobaczyć co mi nie pasowało poza politycznym przesłaniem.

  3. nosiwoda pisze:

    „Powiedzcie mi dlaczego główny evil charakter to propagatorka czystej, ekologicznej energii?” – nie jest propagatorką czystej, ekologicznej energii (tzn. może jest, ale w filmie nie o to chodzi), jej nadrzędnym celem jest zamiana reaktora w bombę. Wykorzystuje to, że Wayne jest propagatorem czystej, ekologicznej energii, żeby wkraść się w jego łaski i zająć pierwsze miejsce w zarządzie Wayne Enterprises. Dzięki temu ma wiedzę o „Applied Sciences” – dziale Foksa – i dostęp do oprogramowania reaktora. Może ukraść, przeprogramować, zalać reaktor.

    1. fronesis pisze:

      @nosiwoda
      Ja wiem po co ona jest propagatorką czystej energii wewnątrz fabuły filmu ale jakoś mnie to męczy w odniesieniach na „zewnątrz” fabuły.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s