Dwuosobowa walka klasowa (tym razem)

Właśnie obejrzałem film „God Bless America”. Film ten przypomniał mi dyskusję o superbohaterach i ich „przynależności” politycznej. Szczególnie łatwo w kontekście tego filmu można przywołać dwa inne filmy: „Super” i „Hobo ze strzelbą”. To, co uderza ponownie to jednoosobowość (no dobrze, dwuosobowość) walki „klasowej”.

Film „God Bless America”  to obraz świata w którym wyczerpały się wszelkie ponadjednostkowe narracje. Film w którym walka z „amerykańskim snem” i kapitalizmem może odbywać się tylko na podstawie reguł obu tych „narracji”. Bohater, sfrustrowany, lekko otyły biały mężczyzna i jego nastoletnia  towarzyszka w tej spirali niemożliwej do wygrania walki nie kwestionują porządku, nie są w stanie. Wystarczy wspomnieć, że  pozorna przecież emancypacja naszego bohatera symbolizowana jest przez wściekle żółty sportowy samochód.

 Podobnie jak Hobo ze strzelbą tak i tutaj nasz bohater i jego „sidekick” jedyne co mogą zrobić to rozpętać niczego nie zmieniającą erupcję przemocy. Przemoc ta jest kompletnie reakcyjna, to tylko ostatnie sapnięcie odrobinę aktywniejszych „ostatnich ludzi” w świecie swych bardziej leniwych pobratymców. W rozpętanej na ekranie przemocy nie ma nic emancypującego, rewolucyjnego. Nie pomoże jej pozorny polityczny wymiar, koloryt. Co prawda nasi bohaterowie częściej zabijają przedstawicieli Tea Party, pastora, znienawidzonego prezentera-polityka i innych przedstawicieli prawicy ale przecież to w sumie przypadek. Równie mocno nie znoszą ludzi używających słowa „spiritual” czy ludzi przybijających piątkę. Nasza bohaterka świadomie stara się być „feminazistką” ze spoconych snów  prawicowych chłopaków (w różnym bardzo wieku). To jednak nie świadczy, że jest feministką. Nasz bohater z kolei chce żeby ludzie byli mili, imperium było wciąż silne, podoba mu się także zniesienie restrykcji na posiadanie broni (tak wiem, że  w filmie było to powiedziane dość ironicznie).

W jednym trzeba przyznać temu filmowi rację, jest katarktyczny. Przemoc tego filmu ma moc oczyszczającą. Chwilowe to oczyszczenie, co prawda, ale dobre i to. Nie jest to jednak przemoc, która przewraca, przenicowuję na druga stronę cały świat.  W niedawnej notce użyłem  tego cytatu z Róży Luksemburg, przypomnę go:

Najbardziej bezwzględna energia rewolucyjna i jak najbardziej wielkoduszne człowieczeństwo – to jedynie jest prawdziwy duch socjalizmu. Trzeba przewrócić świat cały, ale każda łza, która popłynęła, chociaż mogła być otarta, jest oskarżeniem. A człowiek, który spiesząc do tego ważnego dzieła rozdeptuje w brutalnej nieuwadze biednego robaka – popełnia przestępstwo.

Nasi bohaterowie, nie otarli wielu łez i  rozdeptali mnóstwo robaków.  Przy tym jednak w ogóle nie wstrząsnęli światem, nie mieli do wykonania żadnego dzieła. I tego chyba darować nie można.

Pewnie humanistyczny cytat z R. Luksemburg nakłada zbyt duże ograniczenia. W niektórych sytuacjach rewolucyjna przemoc (lub jej groźba) staje się elementem walki.  Jednak przemoc jest/powinna być w takim wypadku wstydliwym wypaczeniem, skorumpowaniem. Ale i pacyfizm, ma się czego wstydzić, są sytuacje kiedy przecież nie można milczeć, wstrzymać się od walki i przemocy (choćby beznadziejnej i samobójczej). Odsyłam w tym momencie do tekstu: „O przemocy politycznie – kilka tez lub wątpliwości”, na zachętę jedne cytat:

Być może więc dwa banały, „pacyfistyczny” i „insurekcjonistyczny”, dają się powiązać tak, aby pacyfistka skonfrontowała się z tym, co musi z definicji przemilczeć, aby pozostać pacyfistką, a insurekcjonista wziął poprawkę na to, że nawet przemoc rewolucyjna, pozostaje przemocą, a więc czymś, „co nie może sprawiać przyjemności” (Gudrun Ensslin), nawet jeśli jest koniecznością.

Czy film w takim razie warto obejrzeć? Pewnie tak, choćby dlatego, żeby przemówić do tej malej, mściwej, reakcyjne części samego siebie.  Małe katharsis, może nie jest rewolucyjne ale przecież nie warto odmawiać sobie tej drobnej przyjemności. Film pewnie warto obejrzeć także dlatego, żeby poczuć siłę atomizacji, rozpadu więzi społecznych, gnicia niegdysiejszego imperium za oceanem (choć widzieliśmy to już tyle razy).

Z uwag drobnych, oczywiście film nie przechodzi testu Bechdel, porusza się też jedynie w „kaukaskim” rejestrze „rasowym”. Para naszych bohaterów i ich quasi-romans, mimo podjętych prób, nie wydostał się z kolein „Leona zawodowca”. Przemoc w tym filmie nie jest tak słodko manieryczna jak w „Hobo ze strzelbą”, nie ma też tego klimatu lat 80-tych.

Jednak w kilku momentach przypomniał mi słodko-gorzki nastrój filmu „Little Miss Sunshine”. I to chyba wystarczy za rekomendację.

Reklamy

4 Comments Add yours

  1. Nachasz pisze:

    Róża Luksemburg jak Jezus:
    Ἰδοὺ ἐγὼ ἀποστέλλω ὑμᾶς ὡς πρόβατα ἐν μέσῳ λύκων· γίνεσθε οὖν φρόνιμοι ὡς οἱ ὄφεις καὶ ἀκέραιοι ὡς αἱ περιστεραί.

    1. fronesis pisze:

      @Nachasz
      Ale nie wiem czy rewolucyjny zapał i spryt węży to jednak to samo.

      1. Nachasz pisze:

        Nie, ale obydwa są potrzebne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s