Blachy i pierzyny

Kończę właśnie „Sezon maczet” Jeana Hatzfelda, recenzję można przeczytać  tutaj. Autora tamtej recenzji w specyficzny sposób urzekło zdanie:

„Od rana ludzie zaczęli nieśmiało zabijać na ulicach”.

 Codzienność tego ludobójstwa, jego banalność,  to dominujący rys tej książki. Ludobójstwo to przejście od pracy w polu do „pracy” na bagnach przy zabijaniu swych sąsiadów. Swoistość lektury podkreśla fakt, że głos przez większość czasu oddany jest katom. Ostatnio kilkukrotnie pisałem o banalności zła. W tej książce jego banalność, codzienność ludobójstwa przytłacza. Jest tak jednak tylko na początku lektury. Później w trakcie lektury wpadamy w spokojny rytm spowiedzi katów – rytm jak z Myśliwskiego.

Hatzfeld określa  ludobójstwo  w Rwandzie „wiejską wersją” Holokaustu. Nie trzeba było numerów na rękach, obozów, żółtych gwiazd. Takie biopolityczne środki konieczne są „wewnątrz” nowoczesności. Pisał o tym Z. Baumann w „Nowoczesności i  Zagładzie’. Rwandyjskie ludobójstwo jest nowoczesne, podobnie jak w Niemczech hitlerowskich wytwarzane jest przez aparat państwowy, szkolnictwo, intelektualistów. Analogicznie jak w Niemczech tak i w Rwandzie niebagatelną rolę w integracji zabójców miało radio. Jest jednak pewna różnica w miejskiej i wiejskiej zagładzie. W tej ostatniej nie trzeba kupować maszyn liczących IBM by policzyć tych, których trzeba zabić. Tutaj funkcjonują sieci WWWW, ten wiejski internet w którym „wszyscy wiedzą wszytko o wszystkim”. Sąsiedzi są znajomi, nie trzeba ich znakować, wiemy kogo trzeba zabić, znamy go od lat.

Jest jeszcze jedna różnica, w Niemczech ludobójstwa dokonano w rdzeniu spełnionej, pełnej nowoczesności, Hutu mordujący swych sąsiadów Tutsi dostali od nowoczesności połowiczne i zatrute dary. Nacjonalizm – tak, maszynę biopolityczną zarządzającą populacją – tak, militaryzm – tak, kapitalizm – tak. Nasi zabójcy to równocześnie ofiary kolonializmu, przesunięć granic państwowych. Czynnik najważniejszy to fakt, że są to rolnicy próbujący „dogonić” uciekający kapitalistyczny świat. Trud pracy na roli, znikome możliwości akumulacji kapitału przegrywają z kapitalistycznym reżimem akumulacji.

Zdarzył się jednak jeden sezon, który częściowo umożliwił skok ekonomiczny, pozwolił na uzupełnienie zapasów, wymianę dachu. To był sezon w  którym „każdy” mógł mieć rower i „nikt’ nie oszczędzał na bateriach do radia.

Hutu zabijali swych sąsiadów jakby chodzili do pracy. Motyw ten w omawianej książce wraca jak pory roku w życiu rolnika. Zabójcy tymi samymi maczetami, którymi ścinali bananowce ścinają swych sąsiadów. Ręka wznosi się i opada. Po pracy można objeść się krową zabitego w ciągu dnia sąsiada, opić piwem. Żony zabójców mogą marudzić na pijaństwa, gwałty ale dość szybko rodzina zajęta jest intensywnym zagospodarowywaniem parceli po sąsiadach i magazynowaniem blachy.

Właśnie blacha (falista) ten jeden z nielicznych przemysłowych produktów, których rolnik sam nie może wytworzyć staje się walutą ludobójstwa. Cena blachy to efekt zewnętrznej rzeczywistości przemysłowo-kapitalistycznej. To tamta rzeczywistość dyktuje ceny. Rolnik z maczetą nie jest w stanie dogonić uciekających cen. Blacha jest jednak na dachu sąsiada, wystarczy pójść do pracy, trochę innej pracy. Ten sam ruch ręką, podnieść, świst, cięcie. Stwardniałe ręce rolników nie męczą się w tej pracy, mimo, że trwa to cały dzień. Może doskwiera głód, cały dzień trzeba brodzić w bagnach, ale pamiętajmy wieczorem czeka syta kolacja, sporo piwa i oczywiście blacha.

Po ludobójstwie Hutu musieli uciekać do Konga przed zemstą Frontu Patriotycznego (Tutsi), wielu z nich uciekało do Konga wraz z ze zrabowaną blachą. Gdy to nie było możliwe część blach zakopano. Dlatego w ziemi poza trupami leżą też inne pozostałości ludobójstwa – blacha.

(…) zdarza się uderzy motyką w coś twardego w ziemi i zaraz szeroki uśmiech rozjaśnia mu twarz. Wie, że natrafił na blachę, a więc na okrągłą sumkę.

Zmieńmy kontynent, cofnijmy się o ponad półwiecze. Do krainy w której także zderzyły się ze sobą: połowiczna nowoczesność z jej zatrutymi darami oraz  rolniczy świat z jego rytmem ciągłej pracy i znikomej możliwości akumulacji kapitału. Także tu wystąpił melanż rodzącego nacjonalizmu, kapitalizmu i niedoborowej gospodarki chłopskiej. Tak jak w Rwandzie pokolonialna gospodarka chłopska tak i w Polsce niedawno jeszcze folwarczna gospodarka chłopska z trudem radzą sobie z kapitalizmem. Włączone w przyśpieszający rytm kapitalizmu gospodarki chłopskie gonią go z trudem zwiększając poczucie wyzysku i nędzy wśród goniących. W Polsce chłopi, niedawno jeszcze określający się jako „Tutejsi”, zaczynają powoli określać się  jako Polacy czy Ukraińcy. Także tu dużą rolę w tworzeniu narodowej tożsamości odgrywa elita, intelektualiści, nauka nacjonalizmu płynie z kazań, spotkań, ulotek, pism takich jak „Rycerz Niepokalanej” czy „Posłaniec  Serca Jezusowego”. Zaczyna rolę też grać radio z postacią słynnego promotora tego środka przekazu – J.M. Kolbe. Ten DJ wytwarzał tożsamość narodową podobnie jak inni DJ – rwandyjscy tym razem – Simon Bikindi i Kantano Habimana. I tam i tu radio świetnie działało jako „bębenek plemienny” (McLuhan) tworzyło tożsamość zarazem tworząc podziały. Sprawiało, że pójście do tej innej pracy i innych żniw było łatwiejsze.

Tak jak tam żniwa i praca na roli zostały w jednym sezonie zastąpione plonami bardziej zyskownymi niż bananowiec. Także tu przydarzył sezon w którym bardziej się opłacało się rozejrzeć za pierzyną sąsiada niż zginać kark na polu. Praca wyrobionej ręki w nieśpiesznym rytmie pracowała na tych innych wyjątkowych żniwach. Jedynie odrobinę inne były drobne didaskalia, tam blacha tu pierzyny. Pierzyny ten luksusowy towar, który chłopskie rodziny zabierały ze sobą do Hameryki i ściskały je spoglądając na urzędników na Ellis Island (choć pewnie wcześniej o kolejne 30 – 50 lat).

Tu żniwa wyglądały tak:

„ludność z otwieranych żydowskich domów rozchwytuje wszystko, co jest pod ręką, ludzie bezwstydnie dźwigają całe toboły z nędznym żydowskim dobytkiem lub towarem z małych żydowskich sklepików. /Zygmunt Klukowski, Dziennik z lat okupacji Zamojszczyzny. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Lublin 1958, s. 255 i 292./

A ich pozostałość ilustruje choćby ten cytat:

Większość współczesnych obywateli RP wywodzi się z prowincjonalnej ogłupiałej lub nawet zbrodniczej hołoty. Warszawski anglojęzyczny menedżer z laptopem to wnuk babska spod kradzionej żydowskiej pierzyny. Kielecki tym bardziej./źródło/

 Notka to wspomnienie tego wydarzenia oraz dedykowana jest tym, którzy dziś usłyszeli albo śpiewali ten tekst:

Naród niewierny trwoży się przestrasza. Na cud Jonasza – Alleluja!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s